Pomysł na życie – Kobieta potrafi
Od sześciu lat prowadzi samotnie karczmę w Szczawnicy. Przełamała góralski stereotyp, że baba nadaje się tylko do garów i niańczenia dzieci, i odniosła sukces. A początki były bardzo trudne.
Mariola Węglarz nie wygląda na żelazną damę. Wręcz przeciwnie. Sprawia wrażenie kruchej i delikatnej. Atrakcyjna blondynka o niebieskich oczach, której nikt nie dalby więcej niż 35 lat, choć ma 23-letnią córę, a drugą w wieku licealnym. Mogłaby być psychologiem, bo wielu gości odwiedzających jej restaurację po rozmowie z uroczą gospodynią mówi, że działa na nich kojąco, że umie poradzić, podnieść na duchu, wskazać właściwą drogę w sytuacji, wydawać by się mogło, bez wyjścia. Może dlatego, ze sama dużo przeszła, a mimo to uśmiech nie schodzi z jej twarzy i optymizmem zaraża postronnych. Ma za sobą twardą szkolę życia. Po śmierci męża została z dwiema córkami bez grosza przy duszy. Dziś jest właścicielką świetnie prosperującej karczmy. Jej historia Jest potwierdzeniem znanego powiedzenia, że chcieć, to móc. Potrafiła pokonać przeciwności losu i stała się właścicielką dobrze prosperującej góralskiej karczmy. Nie jest rodowitą góralką. Na świat przyszła w Łodzi i, jak mówi, w domu miała jak w puchu. Jeszcze gdy była w liceum. w jej życiu pojawił się miody góral ze Szczawnicy. Spotykali się kilka lat nim zdecydowali się na ślub. W międzyczasie zdała maturę, a w Polsce ogłoszono stan wojenny. Przez chwilę nawet rozważali emigrację, ale zwyciężył patriotyzm. Zdecydowali się na wyjazd w jego rodzinne strony. Podział ról był tradycyjny i ściśle określony: Mariola prowadziła dom, a z czasem zajęła się wychowaniem dwóch córek. Natomiast mąż zarabiał na życie jako taksówkarz.
Szkoła życia. - Na początku nie było lekko, bo ludzie są tu twardsi, bardziej odporni na różne sytuacje, ale to dało mi dobrą szkolę życia, wzmocniło przed tym, czego kompletnie się nie spodziewałam, a co spadło na mnie dosłownie jak grom z jasnego nieba - opowiada pani Mariola. - Po czternastu latach naprawdę świetnego małżeństwa mój mąż nagle zmarł, a ja zostałam sama, z dziećmi, bez środków do życia i do tego jeszcze w obcym środowisku -wspomina. Nie załamała się - Postanowiła. że zajmie się tym, czym wcześniej jej zmarły mąż. Już w dwa miesiące po pogrzebie podjęła działalność gospodarczą. - To też było wyzwanie, bo co prawda prawko miałam, ale nie prowadziłam dotąd takiego dużego wozu. A do tego musiałam walczyć z uprzedzeniami tutejszych panów, którzy nie chcieli jeździć z babą. Byłam bowiem pierwszą kobietą za kółkiem w historii tej społeczności - wspomina. Ale wkrótce przełamała uprzedzenia i jej bus zaczął się cieszyć sporym powodzeniem u obu płci.
Pensjonat czy karczma - Po pół roku za kółkiem postanowiłam zrealizować swoje marzenia i zaczęłam kupować działki na peryferiach Szczawnicy. - Początkowo myślałam o pensjonacie, ale potem znajomi poradzili mi otwarcie karczmy -mówi pani Mariola. Ci znajomi i rodzina męża okazali się w ogolę opatrznością. - Ich wsparcie sprawiło, że uwierzyłam w swoje możliwości i podjęłam się zadania, o którym nie miałam bladego pojęcia - dodaje. Oczywiście, nie obyło się bez kryzysów. Chociażby z uwłaszczeniem działek, co ciągnęło się trzy lata i były momenty, kiedy chciała się już poddać. Do tego dochodził stres z powodu konieczności spłaty zaciągniętych kredytów i pożyczek u znajomych. Na szczęście, z samą budową problemów nie było. Projekt sporządził znajomy architekt z Zakopanego, który nie zdarł skóry, a same roboty trwały tylko trzy miesiące. Karczma Pienińska, bo tak nazwala lokal, stanęła malowniczym zakątku Szczawnicy, na trasie Szczawnica - Krościenko. -Przed otwarciem zorganizowałam małe przyjęcie dla znajomych. Bawiliśmy się świetnie, ale gdy impreza się skończyła i wszyscy wyszli, to usiadłam na schodach i się rozpłakałam, bo wtedy dopiero dotarło do mnie, na co się porwałam i że przecież nie mam żadnego doświadczenia! - opowiada pani Mariola. Personel wybierała na tzw. nosa i na początek miała ciągle kłopoty z wyliczeniem zaopatrzenia. Przyznaje uczciwie, że pierwszy rok był najtrudniejszy, następne dwa to „docieranie". Najtrudniej było, gdy ktoś z zatrudnionych nie zdawał egzaminu, a ona nie miała serca go wyrzucić. Stopniowo jednak radziła sobie lepiej, gości przybywało i to nie tylko na obiad czy kolacji, ale coraz częściej organizowano w karczmie rozmaite imprezy: wesela, sylwestry, spotkania integracyjne. Zdarzały się sytuacje trudne do przeskoczenia, gdy jeden z organizatorów przyjęcia na 187 osób zażyczył sobie, aby wszyscy zamówili jedzenie z karty. - To był koszmar, bo pięciu moich kelnerów przez godzinę zbierało zamówienia, a potem w kuchni zapanowało prawdziwe piekło. To nauczyło mnie, że dla tak dużych grup menu musi być jedno - konkluduje pani Mariola- Dziś karczma ma sześć lat, a jej właścicielce marzy się zbudowanie obok małego pensjonatu. Na razie jednak to plany na bliżej nieokreśloną przyszłość. Tymczasem po, pięciu latach udało jej się załatwić telefon i wreszcie jest on line. - To bardzo ułatwia kontakt z klientami, choć, nie ukrywam, że najlepiej reklama funkcjonuje pocztą pantoflowa - Ktoś mnie zarekomenduje komuś innemu i tak to idzie - zwierza się. - Zrezygnowałam również z folderów, które zazwyczaj lądują w koszu, na rzecz wizytówek i kartek, które można było zaadresować i wysłać. W ten miałam już potencjalnie dwa razy więcej gości - podkreśla pani Mariola. Jaka matka, takie córki. Obie córki pomagają jej w pracy jak mogą. Starsza Aneta, obecnie 23-latka, w wakacje kelneruje u mamy. Jest studentką. Wcześniej przez trzy lata uczęszczała na turystykę międzynarodowa, którą zamieniała na prawo. Młodsza Natalia, choć dopiero 14-latka,ma bardzo konkretne plany. Chce zdawać na germanistykę, a po dyplomie wyjechać z kraju. - I dobrze. Nie chcę moich dzieci wiązać faktem, że jest karczma. Niech robią w życiu to, co chcą. A ja dołożę wszelkich starań, aby mogły swoje marzenia zrealizować – obiecuje pani Mariola.
|